stat4u
środa, 09 grudnia 2009
Wywiad homików z Matką Bolka

Portal homiki.org opublikował z okazji 10-lecia Zadry sensacyjny wywiad z Matką Bolka pod tytułem "Sto lat, ''Zadro''! Życzenia odbiera Matka Bolka". Leci on tak:

homiki

Marcin Teodorczyk: Komentuje pani rzeczywistość na ostatniej stronie każdej „Zadry”. Na wesoło, ale najczęściej to taki wisielczy humor. Czy tym razem z okazji 10-lecia pisma będzie wspominkowo?

Matka Bolka: A co to ja jestem, akademia ku czci? Wspominkowo to w Izbie Pamięci albo w IPN-e, panie Marcinku. Ja tam patrzę naprzód, po życie sięgam nowe, a nie tego. Poza tym ja trochę młodsza jestem niż „Zadra”, więc nie wypada, żeby wspominał wół, jak ktoś inny cielęciem był, prawda?

To przejdźmy do następnego pytania. Wszyscy i wszystkie przeczytają w „Zadrze” i przekonają się, co tym razem pani wysmażyła. Proszę powiedzieć, co najbardziej zapadło pani w pamięć podczas dekady niewątpliwego i gigantycznego sukcesu medialnego "Zadry” na feministycznym poletku?

No, różne były, nie powiem. Miło mi się zrobiło, kiedy radio TOK FM czytało na antenie fragmenty Matki Bolka w odcinkach. Na ich blogu można tego jeszcze posłuchać jako empetrójki, pan sobie zapisze adres: www.blogfm.blox.pl. To była Matka Bolka z czasów głębokiej IV RP, taka w stylu że niby elementarz: „to kaczka i to kaczka”. Bożena Umińska, pamiętam, chichotała nad tym jak szalona. O innych spektakularnych sukcesach nie będę opowiadać, bo ja raczej z tych skromnych jestem, no i nie chcę wam obciążać strony.

A nie chciałaby pani przenieść się na przód „Zadry”? Choćby na środek? Bo pani ciągle na tym szarym końcu pisma…

A myślisz pan, że to takie łatwe? Czy ja na taką wyglądam, co by nie próbowała? Ile ja się naużerałam z tymi z przodu, ile razy krzesła, monitory i segregatory fruwały w powietrzu w redakcji. Nie przetłumaczysz, no nie przetłumaczysz jednej z drugą. Tłumaczyłam cierpliwie: nikt nie interesuje się feminizmem, wszyscy chcą tylko, żeby była „wolność, wolność i swoboda, dobra zabawa i dziewczyna młoda” – a nie jakaś publicystyka, panie, jakaś łuska z jakiegoś oka, jakieś tematy. To nie. No ale co ja mogę, ja zwykła Matka Bolka jestem.

No dobra, to może poplotkujemy trochę, wszakże rocznica zobowiązuje. Która z redaktorek „Zadry” najbardziej obija się w pracy i podjada pączki (zamiast odpisywać na maile czytelniczek i czytelników albo skrupulatnie skreślać źle wstawione przecinki w artykułach)? Tylko po nazwisku, społeczeństwo ma prawo wiedzieć.

Jak to która, pan się nie domyśla? Przecież to po twarzy widać, po rękach, a po nogach to już szczególnie. Ale nie jestem taką świnią, żeby publicznie rozpowiadać, że Beata Kozak obija się najbardziej. Proszę pana, bądźmy szczerzy, co ta kobita ma do roboty? Te kilkadziesiąt tekstów na jakieś tam tematy wykoncypować i u ludzi pozamawiać – to jest robota? Wszystkie te teksty przeczytać, zredagować, korektę zrobić po kilka razy, terminów pilnować – to ma być robota? O notki biograficzne się dopominać, o skrócenie tytułów, o dodanie śródtytułów – to ma być robota? Książki do recenzji wyszukać, wydawnictwa przydusić kolanem, żeby je przysłały – to jest robota? W składzie wysiadywać, tamże z kotami Oli i Pawła się bawić, z Kubą, który robi skład, miło gawędzić – czy to można nazwać pracą? A wyczarowywanie pieniędzy na „Zadrę” znikąd, to niby jest praca? Nie bądźmy śmieszni, proszę pana, to jest czysta przyjemność, to jest zbijanie bąków na koszt podatnika, a nie praca. Ja to, proszę pana, haruję: całą jedną stronę mam do zapełnienia wesołymi żarcikami, pan sobie zdaje sprawę, jakie to jest wyzwanie dla tak młodej, inteligentnej i pięknej kobiety, jak ja?

To może z innej beczki, proszę dokończyć zdanie: Piękny listopadowy dzień, AD 2009, wpada pani zdyszana do redakcji, w ręku siaty (ekologiczne! płócienne), komórka przy uchu, bo ciągle proszą o wywiady i nie chcą się odczepić, potyka się pani o najnowszą książkę Bożeny Umińskiej, traci pani równowagę, polskie jabłka i ziemniaki rozlatują się po całej redakcji, a tam…

Zaraz, zaraz, zaraz. Przede wszystkim nie potykam się o żadną książkę, bo książki u nas stoją porządnie poukładane w regale, to po pierwsze. A po drugie, skoro już pan zaczął tak ładnie budować tę atmosferę, że piękny listopadowy dzień, to ja panu zacytuję wierszyk, który napisałam swojego czasu. Jest to poezja empowermentowa, proszę pana, której celem jest przekaz mocy, rozumie pan, kobietom. Szło to tak (uwaga, będę mówiła kursywą):

Słoneczko świeci listopadowe,
nadchodzi nowy roboczodzień.
Podnoszę dumnie mą piękną głowę
i prężąc piersi filigranowe,
z dziarskim przytupem wciskam się weń.

Niech pani oszczędza wenę na ostatnią stronę kolejnej „Zadry”, bo my tu wierszem gadu-gadu, a poważne pytania czekają. Na przykład takie: nie znudziło się pani bycie feministką w Polsce? Mogłaby się pani przenieść się choćby do „Cosmo” czy „Vivy”? Tam to dopiero byłoby się z czego nabijać! I pewnie kasa większa…

Ale jednorazowa. Obśmiałabym takie „Cosmo” i od ręki by mnie wylali na zbity pysk. Żaden interes.

Pytam, bo to chyba nudne ciągle o tym samym. Ileż można dowalać mizoginom, homofobom, manifestować, protestować, słać listy i ciskać gromy, ośmieszać, wymyślać rymy częstochowskie, by było bardziej żenująco, spoglądać czasem krzywym okiem na polskie feministki?

Ileż można? Tyleż, ileż się wyżej wymienione podmioty same nasuwają pod satyryczną klawiaturę. Ja się nie nudzę. I ciągle spotykam czytelniczki Zadry, które mówią mi na ucho, że lekturę tego pisma zaczynają od ostatniej strony, tej ze mną, więc raczej do nudziar nie należę. A jeśli ktoś uważa, że przynudzam, to zapraszam na solo, na kulturalną dyskusję o tym, czyj gust jest lepszy. Bo z góry zapewniam, że mój.

Tak się złożyło, że „Zadra” odmieniła moje życie. Dzięki lekturze pani tekstów poszedłem na gender studies na UW, tam poznałem wspaniałych ludzi, od których uczyłem się feminizmu, queeru, odwagi, zaangażowania społecznego, wspólnego działania. Potem ośmieliłem się napisać pierwszy tekścik do "Zadry", potem kolejny i kolejny… No i w międzyczasie pojawiły się homiki.pl, które są o połowę młodsze. Jak to jest być matką nie tylko Bolka, lecz także polskiego feminizmu? Które dziecko jest bardziej nieznośne?

O Bolku to ja raczej się w rozmowy nie wdaję, wie pan, bo mówiąc między nami, celebrytami (oj panie Marcinku, pan się tak nie czerwieni, świętą prawdę mówię!), trzeba dzieci trzymać z dala od tego biznesu, póki co. Ogólnie dzieciak jest taki, że raczej idzie z nim wytrzymać. A co do bycia „matką” polskiego feminizmu, to bardzo mi miło, że przyłożyłam rękę do pana rozwoju i świadomości, panie Marcinku, i że mam na sumieniu, choćby częściowo, takiego porządnego chłopaka jak pan. No proszę, a on się znowu czerwieni. Ale matką to ja się nie czuję, uchowaj Bogini. Owszem, było się animatorką, rozkręcało się, zakładało, zapraszało, ale też nie byłam ani pierwsza ani jedyna. Poza tym zna pan może to powiedzonko, które zresztą sama wymyśliłam: gdzie matka, tam jatka. Kto nie lubi jatek, niech abstrahuje od matek. Ja wolę abstrahować.

To wyabstrahowawszy rzucam ostatnie pytanie: czego mogę pani życzyć z okazji wspaniałego jubileuszu?

Wszystkiego, kochany, wszystkiego. Mamy wolność i demokrację, możesz mi pan życzyć wszystkiego, co tylko.

I zapomniałbym – co na to wszystko Bolek?!

Już mówiłam. Dzieciaka mi pan w te jubileusze nie mieszaj. To co, jakieś ciasteczko może rozpakujemy, kelyszek kawki wychylimy?

W takim razie 100 lat „Zadrze”!!!!

wtorek, 17 listopada 2009
Nazywam się Bolka. Matka Bolka.

Kiedy prezentowałam w "Zadrze" pierwszy występ mojego feministycznego kabaretu, przedstawiłam przegląd prasy z okazji Dnia Mężczyzn. Leciało to tak:


Matka BolkaGłos Polki Prawdziwej, XXL. Po raz kolejny z okazji Międzynarodowego Dnia Mężczyzn 8 marca wstrząsnęły krajem histeryczne demonstracje maskulinistów. RMP (Ruch Maskulinistów Polskich) protestuje co roku przeciw dyskryminacji mężczyzn, zarzucając rządowi Jolanty Buźki lekceważenie problemów reprodukcyjnych mężczyzn i tendencyjne przedstawianie ich problemów w prasie. Na ręce prezydenty Aleksandry Słodkiewskiej maskuliniści złożyli petycję o przestrzeganie ich praw pracowniczych. Utrzymują jak co roku, że wymawianie pracy pracownikom płci męskiej zdolnym do zapładniania oraz obowiązkowe testy na żywotność plemników godzą w ich męską godność. Demonstracje maskulinistów spotkały się z pobłażliwą reakcją zdrowo myślących Polek. Ministry rządu Buźki po raz kolejny podkreśliły, że nie ma politycznej woli traktowania mężczyzn na specjalnych prawach. "Wszystkie musimy się pogodzić z niedoskonałościami i ograniczeniami, które narzuca nam natura" – powiedziała minister pracy i opieki socjalnej, Jamroża Kuchara. Min. Kuchara wypowiedziała się nieco obszerniej niż pozostałe polityki: "Dotyczy to również naszych panów, których miejsce jest nieodwołalnie w warsztatach samochodowych, fabrykach i hutach, a nie w polityce czy na ulicy. Radziłabym wojującym maskulinistom zadbać o swój męski honor poprzez wzorowe wykonywanie obowiązków, zamiast ośmieszać się zacietrzewionymi wystąpieniami, które nie licują z naturą mężczyzny. Bogini nie po to dała naszym przystojnym panom silne ciało i ścisły umysł, żeby marnwoali je w tak trudnych dziedzinach życia jak polityka czy kultura."

Lewa Polka, żai (Żeńska Agencja Informacyjna) Jak co roku 8 marca maskuliniści zorganizowali w całym kraju protesty. Usiłują zwrócić uwagę na swoją opłakaną sytuację społeczną i polityczną. Grupy kilkudziesięciu przystojniaków przeciągnęły ulicami naszych miast skandując hasła "Co je moje to je moje", "Zlikwidować banki spermy" i "Precz z Janiną Korwin-Mikką". Na jednym z transparentów rozbawione przechodnie i kierowce przeczytały hasło "Kobiety! Od waszych szczypów bolą nas pupy!" i "My też mamy życie wewnętrzne (i to wcale nie są jelita)". Grupka rozwścieczonych maskulinistów krzyczała coś o nadinterpretowaniu natury, wymachując przy tym pięknie, trzeba przyznać, umięśnionymi ramionami. Na koniec odśpiewano obsceniczny hymn maskulinistów "Baba z wozu, koniom lżej" i obrzucono policjantki i obserwatorki krawatami oraz płynami po goleniu, które maskuliniści jak zwykle dostają 8 marca w swoich zakładach pracy. Do chwili zamknięcia numeru nie udało się ustalić, czy rzeczywiście w niektórych fabrykach wprowadzono kursy haftowania krawatów i czy szefowe fabryk rzeczywiście rozcieńczają wodą płyny do golenia, aby zaoszczędzić na kosztach.

Nowy Mężczyzna, pit. Bilans naszych demonstracji: kolejnych kilkaset poszczypanych pup, kilkadziesiąt siniaków od "czułości" naszych wspaniałych dam, udawane wsparcie (a w rzeczywistości drwina) w prasie lewicowej, szyderstwa na prawicy, namaszczone pouczenia ze strony Świątyni matriarchalnej. Kiedy w końcu nasze piękne panie (tak, wiem, że za to kpiarskie określenie mogą polecieć głowy, już nieraz tak bywało) –  kiedy więc nasze panie zrozumieją, że mężczyzna też jest człowiekiem, a nie tylko siłą roboczą? My, maskuliniści, nie zaprzeczamy, że natura wyposażyła nas w inność, że nasze ciała i umysły odstają nieco od człowieczej normy, czyli od kobiet. Ale i nam należy się odrobina szacunku, my także powinniśmy mieć prawo do decydowania w parlamencie np. o urlopie tacierzyńskim, na który w końcu to nas się wysyła, wmawiając kobietom, że dziecko potrzebuje kontaktu z ojcem, a matka może z nim tylko czasem wyskoczyć do kina. Owszem, jest kilku mężczyzn-rodzynków w naszym parlamencie. Ale to troszeczkę za mało. Naszym celem na najbliższe dziesięciolecie jest co najmniej 5 % mężczyzn w rządzie! (Wiem, że jestem radykalny..., no to może chociaż 3 %...)