stat4u
poniedziałek, 28 grudnia 2009
O Zadrze na Witrynie Czasopism

Może czas już wygrzebać się spod zwałów podchoinkowych prezentów i wrócić do rzeczywistości? Która nas nie rozpieszcza. Ale Zadrę i owszem. Dopieszczono nas jeszcze przed świętami, kiedy to na początku grudnia na stronie Witryny Czasopism ukazał się tekst Marty Lupy o najnowszym numerze Zadry, zatytułowany „Herstories”. Swoją porcję recenzenckich głasków dostają w nim Katarzyna Jakubowska za tekst o tureckim feminizmie, Ala Kusiak-Brownstein za opowieść o prezentowaniu feminizmu osobom starszym na Uniwersytecie Trzeciego Wieku w prowincjonalnym miasteczku, Monika Świerkosz za krytykę książki Debory Tannen o matkach i córkach, oraz – last but not least –  Matka Bolka wraz ze swoim przymrużonym okiem. Wymienione zawodniczki proszone są o wystąpienie i udanie się uroczystym krokiem w kierunku podium, na którym odbędą się stosowne klepnięcia po plecach, uściski i niekończące się całusy w odsłonięte miejsca. A w Nowym Roku poprosimy o kolejne przyjemności, najlepiej w ilości 365, dwa razy dziennie.

środa, 23 grudnia 2009
Zdrowych i wesołych

madPrzy pomocy tego arcynarodowego obrazka miła redakcja pragnie życzyć Wam zdrowych i wesołych - czegokolwiek. Nie wszyscy obchodzą Boże Narodzenie, nie wszyscy Chanukę, nie wszyscy są ateist/k/ami czy agnostyczkami, ale zdrowo i wesoło raczej wszyscy lubią mieć. Więc miejmy. A obrazek jest arcynarodowy dlatego, że po pierwsze święty Mikołaj wystepuje przecież w mundurku bardzo polskim: na biało i czerwono. A oczka ma niebieskie. Po drugie, na załączonym obrazku, autorstwa czeskiego przeciwnika kultu Santa Clausa (www.anty-santa.cz), smarkatego Mikołaja w charakterze Panajezuska trzyma przy piersi młoda Matka Boska, czyli Madonna, czyli Maryja Królowa Polski. Brakuje tylko budynku Sejmu i Jasnej Góry w tle. Więc nad tą polskością św. Mikołaja należałoby się z należytą zadumą pochylić -  głęboko, "czapką do ziemi, po polsku", po  naszemu, po robotniczemu ;-)

wtorek, 22 grudnia 2009
Jak język nami mówi

Dyskusja po pokazie filmu „Podziemne państwo kobiet” pokazała „kilka rzeczy co nienowe”. Nienowe jest to, że na feministyczny film o aborcji przychodzą osoby, którym trudno jest ze sobą dyskutować, bo raczej się w wielu sprawach ze sobą zgadzają. Nienowa jest też trudność z wystawieniem nosa poza własne podwórko, czyli poza duże miasto (Warszawa), w którego szarych blokach obskurni ginekolodzy robią aborcje młodym dziewczynom. Dyskutanci i dyskutantki doceniali odwagę dziewczyn, które opowiadały w filmie o swoich aborcjach (reżyserki pokazywały tylko fragmenty ich twarzy). Wszyscy chyba zgadzali się co do tego, że zabrakło w filmie relacji kobiet/dziewczyn z niewielkiego miasta czy miasteczka, nie mówiąc już o wsi. W pewnym miasteczku piękny samochód miejscowego ginekologa ozdobił któregoś razu wydrapany gwoździem napis: „Nie drzyj tak z tych babów, ch…ju”. Co nam to mówi? Że aborcje na polskiej prowincji są drogie i że to wcale ale to wcale nie podoba się „sprawcom ciąż”. Analizując dalej przekaz wydrapany gwoździem, można zauważyć niepokojące obarczanie kobiet („babów) kosztami aborcji. Czyżby na prowincji kobiety były jedynymi odpowiedzialnymi za swoje ciąże i za aborcje?

Jedynymi osobami w filmie „Podziemne państwo kobiet”, które mówiły o aborcji otwartym tekstem, wprost, bez używania pokrętnego języka a la pro-life, były feministki Wanda Nowicka z Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, Ewa Dąbrowska-Szulc z Pro Feminy i kobieta określona na filmie jako Teresa. No i oczywiście występująca także w filmie Rebecca Gomperts z załogi statku "Langenort". Było to jak ożywczy powiew. Nie mówiły o „dokonaniu” lub „przeprowadzeniu” aborcji, za to określały ją wprost: „usunąć” lub „przerwać ciążę”. Mimo że od wielu lat mówi się o przegranej przez feministki bitwie o język, którym określa się aborcję (cywilizacja życia kontra cywilizacja śmierci, życie nienarodzone/poczęte kontra zarodek, dziecko kontra płód), dziewczyny opowiadające o swoich aborcjach i związanych z nimi przejściach używają bezrefleksyjnie języka, który symbolicznie spycha je do podziemia. Takiego języka używało też wiele spośród rozmawiających o tym w Młynku osób. Trudno o lepszy przykład na to, jak język mówi nami – a nie my językiem.

18:59, pismozadra , spotkania
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 grudnia 2009
Dyskusja o filmie "Podziemne państwo kobiet"

pod16 grudnia w środę redakcja Zadry weźmie udział w dyskusji po pokazie filmu "Podziemne państwo kobiet" Anny Zdrojewskiej i Claudii Snochowskiej-Gonzalez. Oprócz nas dyskutować będzie także Anna Saraniecka (pisze teksty do piosenek Renaty Przemyk) i dr Tomasz Sikora. Spotkanie organizuje krakowski klub Krytyki Politycznej. Miejsce to kultowa w wielu kręgach kawiarnia Młynek przy Placu Wolnica 7. Po spotkaniu  stosowna relacja znajdzie się, oczywiście,  na blogu Zadry. Zapraszamy, wstęp wolny. (Mamy nadzieję, że nie będą palić. W Młynku mają fajne wegetariańskie jedzenie, ale publiczne spotkania odbywają się w sali dla palących, więc wychodzi się z nich jako wędzony baleron bądź podpalany boczek.)

10:58, pismozadra , spotkania
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Mimo mrozu rośnie nam

gdaW gdańskim Empiku Zadra rozpiera się wśród czasopism, na których okładkach królują wstrząsające fryzury i zblazowane usta. Wiemy o tym dzięki zdjęciom przysłanym przez Irenę Wojcieszak (dziękujemy!). W Empiku na krakowskim Rynku dyrekcja sklepu wbija czytelni/cz/kom Zadrę oburącz: obok siebie leżą dwa stosiki Zadr. Jest to pewnie zaproszenie do sięgania po pismo obiema rękami ;-) A wokół rozciągają się „Womany”, „Wróżki” i „Kikimory”, z czego znana nam jest jedynie „Wróżka”, albowiem pewien nasz znajomy pisywał do niej kiedyś felietony. tyNie jesteśmy pewne, czy życzyłby sobie, żeby to  szerzej rozgłaszać, więc zamykamy ten wątek. Ale przeciwko wróżkom nie mamy nic, wręcz przeciwnie, i serdecznie je pozdrawiamy. Kikimorom i Womanom tez ślemy błyszczące całusy.

Tymczasem ze świata rozliczeń, marketingów i handlowców docierają do nas w ten mroźny grudniowy dzień (minus jeden! skandal!) wieści, które rozgrzewają nam serca: poprzedni numer Zadry, ten z kobietą i kamerą, sprzedał się w ilości o ok. 130 egzemplarzy większej niż dotychczasowe numery. Czyżby miały na to wpływ półnagie uda widniejącej na okładce kamerzystki? ;-) A może gwiazdy i planety zmieniły swój układ i dzięki temu naród rzucił się zbiorowo do Empików i księgarń, żądny feministycznych treści? A może wśród personelu Empików ukrywają się osoby o poglądach radykalnie feministycznych, stanowczo genderowych, może są wśród nich nawet zaprzysięgłe kłirowczynie i zdeklarowani odmieńcy, którzy feminizmem i genderem nie gardzą aż tak bardzo, żeby nie wyeksponować Zadry zaraz przy wejściu do sklepu? A może po kilkanaście albo kilkadziesiąt egzemplarzy pisma wykupują z Empików ponurzy prawicowcy, którzy tym samym chcą pozbawić ludność dostępu do wywrotowych feministycznych idei, a potem karmią Zadrą zsypy i śmietniki. Brrr, dreszcz grozy przebiega nam po zgrabnych plecach, a zaraz za nim biegnie drugi dreszcz – tym razem z powodu mrozu (wspomniane minus jeden) w Krakowie.

czwartek, 10 grudnia 2009
Że niby o Wałęsie ;-)

walDo księgarń i na billboardy trafiła książka o Zadrze, zamaskowana jako biografia Lecha Wałęsy. Jej autor, Jan Skórzyński, należy jak widać do osób, które niechętnie określają się jako feminiści, i to do tego stopnia, że wolą wydać książkę-kamuflaż, niż podpaść konserwatywnym  kolegom i zacofanym koleżankom. Cóż, niezbadane są wybory ludzkie, należy je tolerować i usiłować zrozumieć, pomagając sobie przy tym uprzejmym uśmiechem. Kto się zna na życiu, w lot złapie, że zadumany wzrok Lecha Wałęsy na okładce książki kieruje się w stronę najbliższego Empiku, prawdopodobnie na gdańskiej Zaspie czy innym Wrzeszczu, oczywiście w poszukiwaniu Zadry. Ale to wszystko pozostaje w cichociemnej strefie aluzji i domysłu. Taki kraj, takie czasy. Podobno na spotkaniach promocyjnych książki zatytułowanej „Zadra” mówi się dla niepoznaki o życiu Lecha Wałęsy, o jego skokach przez płot, jakichś strajkach, internowaniach, Solidarnościach, dyskusje o tych drobnostkach przetaczają się z prawej na lewą i z powrotem. Ale co lepiej zorientowana publiczność wie, o co w rzeczywistości chodzi, i mruga do siebie porozumiewaczo: toć przecie o Zadrę tu chodzi, nie o co innego, o to feministyczne pismo takie, co je od dawna wydają. Z tą książką niby o Wałęsie to tylko dowcip taki niby śmieszny. Taki wesoły żart na jubileusz. A jak się tak wczytać w tekst tej książki, czytać od dołu do góry i po ukosie, zygzakiem, a szczególnie w poprzek, to ho ho, różne ciekawe rzeczy mozna wyczytać. Oczywiście, o Zadrze, a nie o Wałęsie, ha ha. W końcu tytuł brzmi "Zadra" -  tak czy nie? ;-) No to jak Zadra, to Zadra.

środa, 09 grudnia 2009
Wywiad homików z Matką Bolka

Portal homiki.org opublikował z okazji 10-lecia Zadry sensacyjny wywiad z Matką Bolka pod tytułem "Sto lat, ''Zadro''! Życzenia odbiera Matka Bolka". Leci on tak:

homiki

Marcin Teodorczyk: Komentuje pani rzeczywistość na ostatniej stronie każdej „Zadry”. Na wesoło, ale najczęściej to taki wisielczy humor. Czy tym razem z okazji 10-lecia pisma będzie wspominkowo?

Matka Bolka: A co to ja jestem, akademia ku czci? Wspominkowo to w Izbie Pamięci albo w IPN-e, panie Marcinku. Ja tam patrzę naprzód, po życie sięgam nowe, a nie tego. Poza tym ja trochę młodsza jestem niż „Zadra”, więc nie wypada, żeby wspominał wół, jak ktoś inny cielęciem był, prawda?

To przejdźmy do następnego pytania. Wszyscy i wszystkie przeczytają w „Zadrze” i przekonają się, co tym razem pani wysmażyła. Proszę powiedzieć, co najbardziej zapadło pani w pamięć podczas dekady niewątpliwego i gigantycznego sukcesu medialnego "Zadry” na feministycznym poletku?

No, różne były, nie powiem. Miło mi się zrobiło, kiedy radio TOK FM czytało na antenie fragmenty Matki Bolka w odcinkach. Na ich blogu można tego jeszcze posłuchać jako empetrójki, pan sobie zapisze adres: www.blogfm.blox.pl. To była Matka Bolka z czasów głębokiej IV RP, taka w stylu że niby elementarz: „to kaczka i to kaczka”. Bożena Umińska, pamiętam, chichotała nad tym jak szalona. O innych spektakularnych sukcesach nie będę opowiadać, bo ja raczej z tych skromnych jestem, no i nie chcę wam obciążać strony.

A nie chciałaby pani przenieść się na przód „Zadry”? Choćby na środek? Bo pani ciągle na tym szarym końcu pisma…

A myślisz pan, że to takie łatwe? Czy ja na taką wyglądam, co by nie próbowała? Ile ja się naużerałam z tymi z przodu, ile razy krzesła, monitory i segregatory fruwały w powietrzu w redakcji. Nie przetłumaczysz, no nie przetłumaczysz jednej z drugą. Tłumaczyłam cierpliwie: nikt nie interesuje się feminizmem, wszyscy chcą tylko, żeby była „wolność, wolność i swoboda, dobra zabawa i dziewczyna młoda” – a nie jakaś publicystyka, panie, jakaś łuska z jakiegoś oka, jakieś tematy. To nie. No ale co ja mogę, ja zwykła Matka Bolka jestem.

No dobra, to może poplotkujemy trochę, wszakże rocznica zobowiązuje. Która z redaktorek „Zadry” najbardziej obija się w pracy i podjada pączki (zamiast odpisywać na maile czytelniczek i czytelników albo skrupulatnie skreślać źle wstawione przecinki w artykułach)? Tylko po nazwisku, społeczeństwo ma prawo wiedzieć.

Jak to która, pan się nie domyśla? Przecież to po twarzy widać, po rękach, a po nogach to już szczególnie. Ale nie jestem taką świnią, żeby publicznie rozpowiadać, że Beata Kozak obija się najbardziej. Proszę pana, bądźmy szczerzy, co ta kobita ma do roboty? Te kilkadziesiąt tekstów na jakieś tam tematy wykoncypować i u ludzi pozamawiać – to jest robota? Wszystkie te teksty przeczytać, zredagować, korektę zrobić po kilka razy, terminów pilnować – to ma być robota? O notki biograficzne się dopominać, o skrócenie tytułów, o dodanie śródtytułów – to ma być robota? Książki do recenzji wyszukać, wydawnictwa przydusić kolanem, żeby je przysłały – to jest robota? W składzie wysiadywać, tamże z kotami Oli i Pawła się bawić, z Kubą, który robi skład, miło gawędzić – czy to można nazwać pracą? A wyczarowywanie pieniędzy na „Zadrę” znikąd, to niby jest praca? Nie bądźmy śmieszni, proszę pana, to jest czysta przyjemność, to jest zbijanie bąków na koszt podatnika, a nie praca. Ja to, proszę pana, haruję: całą jedną stronę mam do zapełnienia wesołymi żarcikami, pan sobie zdaje sprawę, jakie to jest wyzwanie dla tak młodej, inteligentnej i pięknej kobiety, jak ja?

To może z innej beczki, proszę dokończyć zdanie: Piękny listopadowy dzień, AD 2009, wpada pani zdyszana do redakcji, w ręku siaty (ekologiczne! płócienne), komórka przy uchu, bo ciągle proszą o wywiady i nie chcą się odczepić, potyka się pani o najnowszą książkę Bożeny Umińskiej, traci pani równowagę, polskie jabłka i ziemniaki rozlatują się po całej redakcji, a tam…

Zaraz, zaraz, zaraz. Przede wszystkim nie potykam się o żadną książkę, bo książki u nas stoją porządnie poukładane w regale, to po pierwsze. A po drugie, skoro już pan zaczął tak ładnie budować tę atmosferę, że piękny listopadowy dzień, to ja panu zacytuję wierszyk, który napisałam swojego czasu. Jest to poezja empowermentowa, proszę pana, której celem jest przekaz mocy, rozumie pan, kobietom. Szło to tak (uwaga, będę mówiła kursywą):

Słoneczko świeci listopadowe,
nadchodzi nowy roboczodzień.
Podnoszę dumnie mą piękną głowę
i prężąc piersi filigranowe,
z dziarskim przytupem wciskam się weń.

Niech pani oszczędza wenę na ostatnią stronę kolejnej „Zadry”, bo my tu wierszem gadu-gadu, a poważne pytania czekają. Na przykład takie: nie znudziło się pani bycie feministką w Polsce? Mogłaby się pani przenieść się choćby do „Cosmo” czy „Vivy”? Tam to dopiero byłoby się z czego nabijać! I pewnie kasa większa…

Ale jednorazowa. Obśmiałabym takie „Cosmo” i od ręki by mnie wylali na zbity pysk. Żaden interes.

Pytam, bo to chyba nudne ciągle o tym samym. Ileż można dowalać mizoginom, homofobom, manifestować, protestować, słać listy i ciskać gromy, ośmieszać, wymyślać rymy częstochowskie, by było bardziej żenująco, spoglądać czasem krzywym okiem na polskie feministki?

Ileż można? Tyleż, ileż się wyżej wymienione podmioty same nasuwają pod satyryczną klawiaturę. Ja się nie nudzę. I ciągle spotykam czytelniczki Zadry, które mówią mi na ucho, że lekturę tego pisma zaczynają od ostatniej strony, tej ze mną, więc raczej do nudziar nie należę. A jeśli ktoś uważa, że przynudzam, to zapraszam na solo, na kulturalną dyskusję o tym, czyj gust jest lepszy. Bo z góry zapewniam, że mój.

Tak się złożyło, że „Zadra” odmieniła moje życie. Dzięki lekturze pani tekstów poszedłem na gender studies na UW, tam poznałem wspaniałych ludzi, od których uczyłem się feminizmu, queeru, odwagi, zaangażowania społecznego, wspólnego działania. Potem ośmieliłem się napisać pierwszy tekścik do "Zadry", potem kolejny i kolejny… No i w międzyczasie pojawiły się homiki.pl, które są o połowę młodsze. Jak to jest być matką nie tylko Bolka, lecz także polskiego feminizmu? Które dziecko jest bardziej nieznośne?

O Bolku to ja raczej się w rozmowy nie wdaję, wie pan, bo mówiąc między nami, celebrytami (oj panie Marcinku, pan się tak nie czerwieni, świętą prawdę mówię!), trzeba dzieci trzymać z dala od tego biznesu, póki co. Ogólnie dzieciak jest taki, że raczej idzie z nim wytrzymać. A co do bycia „matką” polskiego feminizmu, to bardzo mi miło, że przyłożyłam rękę do pana rozwoju i świadomości, panie Marcinku, i że mam na sumieniu, choćby częściowo, takiego porządnego chłopaka jak pan. No proszę, a on się znowu czerwieni. Ale matką to ja się nie czuję, uchowaj Bogini. Owszem, było się animatorką, rozkręcało się, zakładało, zapraszało, ale też nie byłam ani pierwsza ani jedyna. Poza tym zna pan może to powiedzonko, które zresztą sama wymyśliłam: gdzie matka, tam jatka. Kto nie lubi jatek, niech abstrahuje od matek. Ja wolę abstrahować.

To wyabstrahowawszy rzucam ostatnie pytanie: czego mogę pani życzyć z okazji wspaniałego jubileuszu?

Wszystkiego, kochany, wszystkiego. Mamy wolność i demokrację, możesz mi pan życzyć wszystkiego, co tylko.

I zapomniałbym – co na to wszystko Bolek?!

Już mówiłam. Dzieciaka mi pan w te jubileusze nie mieszaj. To co, jakieś ciasteczko może rozpakujemy, kelyszek kawki wychylimy?

W takim razie 100 lat „Zadrze”!!!!

niedziela, 06 grudnia 2009
Papiesko i mikołajowo

dzieWe wstępniaku jubileuszowej Zadry napisałam o papieżu Benedykcie XVI, że od dawna już cieszył się na 10-lecie Zadry: „i wyraźnie to pokazywał, co prawda na migi, ale jednak – pokazując dziesięć palców, dawał do zrozumienia, że zbliża się 10-lecie feministycznego pisma i że to ważna rzecz”.

W kwietniu roku 2010 przypadnie piąta rocznica pontyfikatu obecnego papieża, o czym sam zainteresowany przypomina już od dawna, też na migi, pokazując tym razem pięć palców. Osoby pragnące pozostać anonimowymi sądzą jednak, że pokazując palce jednej ręki, papież sugeruje od dawna, że także 5-lecie feministycznej Zadry było wydarzeniem godnym uwagi.

drzOkazuje się więc, że otaczający nas świat – jeśli papieskie gesty potraktować jako element realnego świata – jest pełen aluzji i tajemnych zapowiedzi. Jak inaczej rozumieć niezwykłe wydarzenie, które nastąpiło pewnej czerwcowej nocy tego roku, kiedy to pewna młoda feministka, która ćwiczyła w ciemnościach żonglowanie ogniem, narysowała w powietrzu liczbę 10. A mogła przecież nakreślić ogniem czwórkę albo siódemkę, prawda? A może jednak nie mogła, bo jej żonglującą ręką kierowała Wielka Siła Aluzyjna, której nawet papież nie może się oprzeć.

saPonieważ dzisiaj jest 6 grudnia, przekazujemy pozdrowienia od świętej Mikołaj, jakoś w tym roku łudząco podobnej do papieża Benedykta, który tak pięknie reklamował po całym świecie zadrzany jubileusz. To Mikołaj w wersji dla małogrzecznych dziewczynek, w sam raz dla Czytelniczek Zadry, i dla Czytelników też.

czwartek, 03 grudnia 2009
Cyknij Zadrę w Empiku

Marcin Teodorczyk napisał do szanownej redakcji: „Wczoraj szwendałem się po warszawskich empikach i trafikach. Otóż w empiku przy Marszałkowskiej były tylko 2 Zadry na wystawce, pośrodku półki idealnie między prasą kobiecą a społeczno-polityczną. W Traffiku zaś Zadra miała swoisty ołtarzyk. Pierwsze co rzucało się w oczy przy wejściu do działu prasy, to była właśnie Zadra. Nie jeden egzemplarz, ale cały stos, jeden segmencik cały odrębny. Niestety, nie mam aparatu w komórce, więc nie uwieczniłem tego. Niesamowite”.

Nieprzerwanie od 10 lat czytelniczki i czytelnicy Zadry nie mogą się nadziwić, w jak dziwnych miejscach na empikowych półkach wykłada się Zadrę. W jednych empikach Zadra leży sobie między „Twoim Paznokciem” a „Śliczną Panią Domu”, w innych kładzie się ją między „Tygodnikiem Powszechnym” a „Obywatelem”. W jednych jest eksponowana zaraz przy wejściu i dynda niemalże z sufitu, w innych jest bunkrowana na zapleczu. Powodem jest to, że wielu osobom trudno jest zaklasyfikować feministyczne pismo do którejś z szufladek. No bo niby jest kobiece, ale i niekobiece. Niby społeczne, ale też kulturalne. Niby kulturalne, ale też publicystyczne. Dlaczego właściwie Zadra nie  miałaby trafiać na półki z pismami o budownictwie? Przecież feministki chcą zbudować nowy świat - tak czy nie? ;-) W tym celu przydałoby się poczytać artykuły o nowoczesnych narzędziach konstrukcyjnych. A dlaczego by nie dać Zadry do działu z pismami o urlopach i egzotycznych podróżach? W końcu te 120 stron feministycznych tekstów to jak egzotyczna podróż poza granice patriarchatu. I tak dalej.

Jeśli traficie w empiku na ciekawą albo śmieszną lokalizację Zadry na półkach, zróbcie jej zdjęcie i przyślijcie szanownej redakcji, a my najciekawsze zdjęcia umieścimy na blogu.

wtorek, 01 grudnia 2009
Po Słubicach

droNa Akademicki Kongres Feministyczny w Słubicach wyruszyły z Krakowa dwa samochody, w każdym po pięć osób. Jeden biały, drugi granatowy, gdyby ktoś pytał o motoryzacyjną specyfikację aut. Żeglowały przez Śląsk, Opolszczyznę i Wrocławszczyznę, aż dotarły do przygranicznej Olszyny, gdzie zawartość samochodów, w liczbie 10 osób, spożyła przygraniczny obiad typu palce lizać. To jedno z wielu odkryć, jakie można było poczynić w czasie podróży do Słubic: że jedzenie w przydrożnych, przyautostradowych zajazdach, przyrządzane głównie z myślą o panach tirowcach, po prostu rządzi. Jeśli ktoś sądzi, że trudno delektować się zwykłym drobiowym filetem albo sałatką z czerwonej kapusty, niech pofatyguje się do Olszyny albo do malutkiego Baru Wrocław pod Bielanami Wrocławskimi. Niebo w gębie. Innym estetycznym przeżyciem było nomen omen błękitne niebo usiane białymi obłoczkami, które rozciągało się nad płaskimi równinami Dolnego Śląska. W Krakowie jakoś trudno takie śliczne niebko przyuważyć.

Pierwsza dekonstrukcja dyskursu hegemonialnego, że tak zacznę z grubej derridy, nastąpiła już w czasie inauguracyjnej przemowy, gdy odpowiednia instancja (odpowiedni instanc?) oblewała uczestniczki i –ków Kongresu miodem pt. „Szanujemy nasze panie, co widać po tym, że dużo ich u nas pracuje”. „A kto jest ich szefem?”, zakrzyknęła nietaktownie z audytorium jedna z drugą feministka. Głupie pytanie, ich szefem był oczywiście przemawiający dyskurs.

gimNa spotkanie z „Zadrą” zaprosiłyśmy na piątkowy wieczór. Po całym dniu referatów i dyskusji kongresowiczki i kongresowicze przybyli tłumnie po porcję feministycznej historii (10 lat „Zadry”) i rozrywki (Matka Bolka chociażby oraz gruzińskie wino i krakowskie bajgle). Naprzeciwko publiczności siedziały autorki zadrzanych tekstów, piszące do „Zadry” w ciągu ostatnich 2-3 lat. Agnieszka Gajewska (na zdjęciu we dwójkę z Lucyną Marzec) opowiedziała, jak lata temu nawiązała kontakt z redakcją „Zadry”, a potem posypały się kombatanckie historie wspomnieniowe, pełne zaskakujących, teraz dopiero odkrywanych tajemnic i wyznań.

Ola Banot (na zdjęciu nalewa sobie wodę do szklanki, po jej prawej stronie siedzi Beata Kowalska i Monika Świerkosz) zdradziła, że właśnie w „Zadrze” opublikowała swój pierwszy publicystyczny tekst, a osobiście poznałyśmy się przy okazji 3-letniego szkolenia trenerek WenDo, które eFKa rozpoczęła w zamierzchłym roku 2001. Monika Świerkosz, Agnieszka Mrozik i Bernadetta Darska to te trzy osoby, które na zdjęciu szukają szczęścia w torbie Agnieszki.

Beata Kowalska mówi o styku feministycznej teorii i praktyki, patrząc w dal znad dzbanka z wodą. To bardzo praktyczna postawa: mieć na oku dalekosiężne cele, nie oddalając się za bardzo od źródła, czyli meritum i esencji. Bożena Chołuj dostała w prezencie od redakcji dla genderowej biblioteki w Słubicach całkowicie kompletny komplet „Zadr”, od numeru najpierwszejszego aż do najnowszego, i brawurowo zademonstrowała swoją siłę, a wręcz krzepę, stojąc z tym 10-letnim ciężarem w objęciach i przemawiając bez najmniejszej zadyszki.

torA potem rozpoczęły się tzw. kuluary, czyli konwersacyjne hulanki z gruzińskim winem i bajglami. Jak zwykle przy takich spotkaniach, umawiamy się na kolejne spotkania, przyjazdy, wpadnięcia do Torunia w drodze do Olsztyna, do Wrocławia w drodze do Poznania, i na napisanie absolutnie koniecznych tekstów. Podczas kiedy redakcja była uroczo nagabywana o autografy na świeżutkiej „Zadrze” i wikłana w równie urocze rozmowy i plany na przyszłość, autorki wzięły sprawy we własne autorskie ręce i zajęły się żwawo sprzedażą „Zadr” – „komu, komu, bo idę do domu”. W ten sposób bagażnik jednego z dwóch krakowskich samochodów w drodze powrotnej ze Słubic odetchnął z ulgą, a Empik stracił wysoką marżę, którą nakłada na każdy egzemplarz sprzedawanego u siebie pisma. Biedny Empik, jakże nam przykro ;-)

Próbowałyśmy obliczyć procentowy udział teraźniejszych i niegdysiejszych autorek „Zadry” wśród uczestniczek i –ków Kongresu. Wyszło nam 20 procent, może nawet trochę więcej. Ale nie w ilości siła, lecz w jakości, i mam tu na myśli coś lepszego nawet niż gruzińskie wino.

20:21, pismozadra , spotkania
Link Dodaj komentarz »